Zadzwoń do nas:

pn-pt w godzinach 16:00-21:00

Zajęcia grupowe

Oferta dodatkowa

Start :: Poczytaj o tańcu! :: Rio w Esens
Rio w Esens
sobota, 30 czerwca 2007 00:00
r1
Zimno mi! Przecież nie będę cały czas siedzieć pod kocem… A nawet jeśli, to i tak mam nos jak sopel lodu. W środku tygodnia „rozgrzewacze” chyba odpadają… Nie lubię takiej szarugi za oknem… Plucha, mokro, siąpi deszcz i katar z nosa też siąpi… NIE LUBIĘ SZARO-BUREJ CIAPY! W grudniu to chociaż były święta, potem Sylwester, później niby dzień zaczyna się robić coraz dłuższy, ale jakoś nadal zero nadziei na nadchodzącą wiosnę…
 
Fajnie by było, gdyby jak jakiś niedźwiadek móc się zaszyć w norce (czy gdziekolwiek on tam sobie zimuje) i chrapać tak mniej – więcej do końca kwietnia… Dobrze, że za marzenia nie karają – bo chyba z miejsca dostałabym dożywocie. Eeeeh, głupoty piszę. Idę spać… Jeszcze tylko wyłączę radio (i tak szumi niemiłosiernie) i zgaszę światło… Swoją drogą – jakaś taka dziwna ta żarówka. Ogromniasta, czerwonawa, bardzo ciepła, tak przyjemnie rozgrzewająca moje ciało… Aż się chce wyjść spod tej sterty pierzyn. Jedna noga, potem druga – dziwne, przecież ja mam parkiet, a nie perski dywan… Dlaczego tu jest tak miękko?? :-/ Rozglądam się wokół i okazuje się, że to, co wzięłam za wykładzinę, w rzeczywistości jest cieplutkim, bialutkim piaskiem; żarówka to nie żarówka – tylko słońce nisko świecące nad plażą. Zachodzące słońce – główny reżyser teatru cieni. Teatru, w którym jest wielu, wielu autorów. Bo na tejże plaży są dziesiątki ludzi – młodzi, starzy, dziewczyny, chłopacy, kobiety, mężczyźni. Wszyscy pięknie opaleni, zadowoleni, uśmiechnięci, w strojach, które raczej ciężko nazwać „ubraniem” (jeśli wiecie o czym mówię) Wszędzie słychać gwar, śmiech, śpiewy. Okazuje się, że to nie moje radio tak „szumiało” – to był śpiew egzotycznych ptaków, powiew wiatru w liściach palm. …i ta muzyka, dobiegająca gdzieś z oddali…
 
Idę za tym wielobarwnym korowodem. Zbliżam się do źródła tej coraz bardziej energicznej (i energetyzującej zarazem) muzyki. Mijam dziesiątki gaferias dancings (lokale taneczne – głównie dla turystów) i escolas de samba – te gromadzą miejscową ludność z uboższych dzielnic. Słyszę dźwięki, których nie mogę porównać do żadnego znanego mi z dyskotek rytmu – dziwne instrumenty, które do tej pory widziałam chyba tylko w galeriach sztuki afrykańskiej. Jeden z Carioca (mieszkańców Rio de Janeiro) mówi mi, że to cała kolekcja bębnów chucalho, reco-reco, pandeiro, cuica, surdo… Jak zaczynam mieć wrażenie, że prędzej sobie język połamię, niż wypowiem chociażby te nazwy, to wówczas zaczyna się lekcja praktyczna – dostaję do rąk berimbau – drewniany łuk z drucianą cięciwą. Szczerze, to obawiam się, że prędzej sobie zrobię krzywdę, niż to „coś” wyda dźwięk. Łapię się więc za wcześniej wspomnianą cuica – baryłkę, która z jednej strony zamknięta jest skórą, a wewnątrz ma przymocowany bambusowy patyk. Niby proste, prawda? Tylko że niby jak toto gra? Dają mi do rąk wilgotną szmatkę i każą pocierać skórę – baryłka wydaje przeciągłe, jękliwe brzmienie. Hmmm…. Chyba niezbyt mi poszło… Ta baryłka za bardzo jęczy. Mam tylko nadzieję, że się nie zepsuła. :-P
 
Carioca (miejscowy) popycha mnie do przodu (czyżby mieli dosyć moich popisów muzycznych??) wciskając do rąk blaszany cylinderek wypełniony ziarnem kawy. Kłaniam się w pas mówiąc, że kawy nie pijam, ale za prezent dziękuję, mamusia się ucieszy. Carioca z politowaniem kiwnął głową nad moją głupotą, ale z anielską cierpliwością (ciekawe ile mu za to zapłacili?) tłumaczy, że to kolejny instrument – ganza. O rany, mamo, czemu puściłaś mnie do szkoły, gdzie grało się tylko na flecie i cymbałkach??!!
 
Dziwnym krokiem (jak się dowiedziałam, zwie to się ‘walk’) idziemy wraz całym barwnym korowodem. Wciskamy się w żywiołowy, pełen temperamentu tłum, dla którego „miednica” to coś więcej niż miska, a biodra są chyba najczęściej używaną częścią ciała ;-P.
 
r2Wtapiam się w ten kolorowy deseń, razem z nimi zaczynam poruszać się do wolnej samby baião. Tempo wzrasta, robi się coraz goręcej, coraz bardziej ogniście – tańczymy horo sambę. Jest rewelacyjnie, karnawałowo, kokieteryjnie, lecz zarazem autentycznie i baaaardzo seksownie. Aż dziwne, że moja „europejska” kondycja pozwala mi na wirowanie w rytm szaleńczo szybkiej samby de morro.
Niech ten karnawał trwa, niech te dźwięki nigdy się nie kończą! Mijają minuty i… co to, znów jakiś nieznany dźwięk nieznanego instrumentu?? Nie... To budzik… Trudno, trzeba wstać – w końcu zaraz zaczną się zajęcia. Ciekawi mnie tylko, dlaczego pół życia Pan od geografii mnie kłamał, twierdząc, że Rio de Janeiro jest w Brazylii, a nie na Gajowickiej 173, w Akademii Tańca Esens :-)
 
Rostek
 

Szukaj

Online

Naszą witrynę przegląda teraz 15 gości 

Video

Szkolenie dla Klubu AS

 

statystyka
Site powered by REMI-COM