Zadzwoń do nas:
| Sprawozdanie z imprezy 18 listopada 2005 |
| czwartek, 01 grudnia 2005 00:00 |
|
Czy Wy też tak macie? Cieszycie się strasznie, wyobrażacie, jak to będzie, planujecie, przeżywacie, nie możecie wytrzymać; w końcu nadchodzi TEN DZIEŃ, bawicie się do upadłego... a potem pozostaje jakaś taka pustka, tęsknota, brak już tego niecierpliwego oczekiwania, nie ma takich emocji i adrenaliny... Jedynym wyjściem z sytuacji jest planowanie następnej (tu dyskretny ukłon w kierunku Marcina, co by miał na uwadze dobre samopoczucie swoich kursantów :))
Ale po kolei. Nasz Kochany Instruktor obiecywał nam tę imprezę, obiecywał, podał termin 4 listopada, część osób już się psychicznie szykowała, a tu – nici. Szczęśliwie ten brak zabawy nie był dla mnie jakimś strasznie traumatycznym przeżyciem; wiem, bo nie pamiętam nawet, co robiłam tamtego dnia, czyli nie odbiło się to na mojej psychice ;)
Kolejne treningi (swoją drogą grupa środowa pewnie jeszcze długo będzie wspominać ten, kiedy stojąc w dłuuuuugim pociągu, ćwiczyliśmy płynne ruchy bioder i centrum ;)) i nagle – pada data 18 listopada. Kilkoro niedowiarków (nie żebym siebie miała na myśli... skąd!) co prawda obawiało się, że w ostatniej chwili z przyczyn niezależnych od Organizatora znów coś się zmieni, ale – nie :) Obietnica była wiążąca, gdyż termin został ogłoszony wszem i wobec, a i ekipę do przygotowania sali wybrano. Ludzie zaczęli się szykować, planować jakie i gdzie robić zakupy, i zarówno w środę po zajęciach, jak i w czwartek, panowała ożywiona atmosfera oczekiwania.
W końcu nadszedł wyczekiwany piątek. (Chcąc nie chcąc muszę w tym miejscu wspomnieć (gdyż będzie to miało swoją logiczną kontynuację w dalszej części moich wspomnień ;)), że zostałam obdarzona nadzwyczajnym zaufaniem Szefa, który wręczył mi klucz do naszej szkoły, wytłumaczył co, gdzie, skąd i po co i polecił nadzorowanie przebiegu prac przygotowawczych.) Od samego rana robiłam kilkakrotnie zakupy (i to nie tylko ze względu na ilość produktów, które musiałam nabyć, ale i przez moją coraz dalej posuniętą sklerozę ;)). Wreszcie, około 18.00, załadowałam się do tramwaju linii 2 i zaczęłam przeżywać pierwsze stresy.
Byłam obładowana niczym juczny osioł – torbami, torebkami, pakunkami, pakuneczkami i dodatkowo jeszcze wiozłam trzy bukiety suszków, co by nam umiliły atmosferę. A w tramwaju – tłok. Chroniąc wszystko własnym ciałem i wyzywając się w duchu od tych obładowanych, upartych, uszatych zwierzaków (skądinąd bardzo sympatycznych :)) dotarłam w końcu na Hallera. Wysiadam z tramwaju – a tu pierwsza niespodzianka. Mój pierwszy w tym sezonie śnieg :) Wiem, wiem, ponoć padał już kilkakrotnie, ale to zawsze było w nie mojej porze dnia :) Tak więc kroczyłam sobie w tej pięknej, śnieżnej zamieci, relaksowałam się, nagle uznałam, że wcale tych pakunków tak wiele nie ma i chyba za bardzo przesadzam z tym stresem organizacyjnym (wyjaśniam, że to moje pierwsze prawie-kierownicze stanowisko i tylko z tego powodu tak bardzo się martwiłam – czy podołam wyzwaniu. W końcu głupio byłoby usłyszeć, że wcześniejsze imprezy były lepsze ;)).
Dochodzę sobie do budynku szkoły i co widzę z zewnątrz? Zapalone wszystkie światła w sali i szatni, a przecież Marcin dał mi klucz, żebym mogła się tam dostać jako pierwsza! Pomyślałam sobie, że to chyba przesada z tym oświetlaniem szkoły pod nieobecność kursantów i już nawet miałam propozycję nie do odrzucenia, żeby zrezygnował z tych niepotrzebnych strat prądu, zaoszczędził w ten sposób pieniądze i mógł dzięki temu obniżyć nam cenę karnetów. A jaka byłam dumna z moich ekonomicznych wyliczeń! :) Niestety trwało to krótką chwilę, okazało się bowiem, że w środku odbywają się zajęcia z pilatesu, a na miejscu jest już Magda (dla niezorientowanych – ta sama, która co tydzień będzie nas witać na zajęciach w szkole). Nie ukrywam, że poczułam się dużo raźniej, bo co dwie kobiety przed wyzwaniem artystycznego przygotowania sali to już nie jedna :)
Porozbierałam się, powyciągałam wszystko i niecierpliwie zaczęłam spoglądać na zegarek, gdyż do 19.00 miała czekać na nas pani woźna w gimnazjum naprzeciwko, skąd mieliśmy przynieść sobie krzesła i ławki. Czas nieubłaganie płynął, przede mną coraz wyraźniej rysowała się wizja samotnego noszenia tych koszmarnych 30 krzesełek (rety, ja dopiero teraz widzę, jak wiele stresu kosztowało mnie to przedsięwzięcie! Mam nadzieję, że jeśli nabawię się w konsekwencji wrzodów żołądka – Marcin zwróci mi za koszty leczenia ;)) i wtedy niczym światełko w tunelu zjawił się Michał (lat dwadzieściakilka, po Politechnice bodajże, aczkolwiek głowy nie daję, więc za jakiekolwiek błędy przepraszam i proszę o ich zgłaszanie na środowych zajęciach :)).
Popędziliśmy na drugą stronę ulicy, poznaliśmy uroczą panią woźną, wzięliśmy wyżej wzmiankowane krzesełka (ja wprost proporcjonalnie do swojej płci maszerowałam tylko z dwoma), w drzwiach wejściowych zderzyliśmy się z Rafałem (28 lat, AE) i Anią (kobiet się o wiek nie pyta, AR) i zaczął się ruch.
Po zrobieniu tej honorowej rundki stwierdziłam, że fizyczna to ja raczej nie jestem, lepiej więc będzie jak z dziewczynami zajmiemy się aranżacją wnętrza, tym bardziej, że chłopców w tym naprawdę ciężkim zajęciu wspomógł jeszcze Krzysio (19 lat, ASP, PWr, kurs grafiki). Tak więc podział ról dokonał się niejako w sposób naturalny i wszyscy (mam nadzieję) byli usatysfakcjonowani zajmowanym przez siebie stanowiskiem :)
O godzinie mniej więcej 19.30 stoły + krzesła, kanapy i ławy były poustawiane, wszystko nakryte, a nas było już ośmioro (dołączyły do nas w międzyczasie Ania (AE) i Kamila (też AE). I tak sobie siedzieliśmy, gadaliśmy, wygłupialiśmy się, wiąż napływali kolejni ludzie (w kolejności przychodzenia pamiętam jeszcze Mateusza (20 lat, PWr) i Tomka (mojego tanecznego partnera swoją drogą :) – 21 lat, PWr), poustawialiśmy sobie świeczki, w pewnym momencie Ania je pozapalała (chwała jej za to, bo to była naprawdę mrówcza praca przy takiej ich ilości) i jak dla mnie to była najbardziej integracyjna część imprezy, bo najbardziej poznałam ludzi :) Poznałam jeszcze Szymka i Wiesia, i Marcina (brata Rafała, jeśli te stopnie pokrewieństwa kogoś interesuja ;)) i...
No dobrze, ale właściwie to mniejsza o mnie, bo kogo poznałam tego już znam, a miało być o imprezie :) Od godziny 20.00 niecierpliwie oczekiwaliśmy przybycia naszego Mistrza, żeby swoim przybyciem uroczyście zainaugurował rozpoczęcie zabawy... i tak czekaliśmy... czekaliśmy... Wreszcie skrócił naszą mękę i przybył tuż przed 21.00, ale dzięki nieodpartemu urokowi osobistemu (nie, no chyba trochę przesadzam, niedługo zacznie nam nosa zadzierać ;)) udało mu się jeszcze wedrzeć do sklepu i zakupić...eee... tego, no... zakupić co tam potrzebował :) Zaaprobował wystrój, no i od tej pory można chyba mówić o oficjalnym początku imprezy, tym bardziej, że jej planowe rozpoczęcie zapowiedziane było właśnie na tę godzinę.
Tu jeszcze trochę „posłodzę” Marcinowi – w końcu od niego zależy, czy niniejsze wspominki znajdą się na stronie :) No dobrze, żarty żartami, ale chciałam po prostu napisać, że naprawdę podobało mi się, jak – niczym prawdziwy gospodarz domu staropolskim obyczajem – chodził z „poczęstunkiem” od jednej grupy ludzi do drugiej, rozmawiał ze wszystkimi, zainicjował tańce i dawał się potem porywać co odważniejszym dziewczynom, które do tych tańców Go prosiły :)
Nie wiem jak inni, ale ja bawiłam się znakomicie :) (tu składam propozycję, żeby wysyłać do Marcina swoje opinie poimprezowe, jak również skargi i zażalenia, choć z góry zaznaczam, że nie odpowiadam za konsekwencje pisania recenzji niepochlebnych ;) Ale tak na poważnie to jest chyba niezły pomysł, żeby jakieś forum dyskusyjne założyć? Tak sobie myślę, że można by tam sprzedawać fajne pomysły na uatrakcyjnienie zajęć, organizowanie czegoś dodatkowo i wszystko, co Wam przyjdzie do głowy. Myślcie i dzielcie się :)). Nagadałam się z fajnymi ludźmi, wytańczyłam do upadłego (przeszłam po prostu samą siebie łamiąc opory zarówno swoje, jak i Maćka (lat dwadzieściakilka, AWF) przy rumbie... no dobrze, Trenerze, powiedzmy, że przynajmniej w zamierzeniach to było właśnie to ;)), a gdzieś tak w okolicach 2.00, kiedy zostało nas już naprawdę kilkoro – wysłuchałam wraz z innymi opowieści Marcina o życiu tancerza :) (niniejszym apeluję do Ciebie właśnie, żebyś przestał być taki skromny i umieścił choć część tego, co nam opowiadałeś, na stronie – podejrzewam, że większość „zwykłych śmiertelników” nie wie, jak wygląda życie zawodowego tancerza od podszewki, a to jest naprawdę ciekawe :))
No i w końcu zaczęłam się robić tak nieprzyzwoicie śpiąca, że pomogliśmy równie nieżywemu Organizatorowi ogarnąć pierwszy bałagan i o 3.30 wyruszyłam w drogę powrotną do domku. Tam dopiero przekonałam się, jak bardzo w pewnych sytuacjach niezastąpiona jest moja poduszka :)
I tak to mniej więcej było.
A teraz? Impreza, impreza... i po imprezie ;( Dlatego Kochany Trenerze, w imieniu własnym i ogółu, wyrażam głęboką nadzieję, że obietnica urządzenia Sylwestra była jak najbardziej poważna i również stanie się faktem. W końcu musimy mieć jakiś powód do radości i planowania na najbliższy miesiąc, nieprawdaż? :)
P.S. Uściski dla wszystkich uczestników piątkowej imprezy :)
|